Człowiek za burtą. Subiektywna próba konfrontacji teorii z rzeczywistością.
Człowiek za burtą. Manewr ćwiczony na wszystkich kursach na stopnie żeglarskie i bogato opisywany w literaturze. Niestety, rzeczywistość mocno różni się od teorii, a właściwie można by powiedzieć, że ma się nijak. Zapraszamy do lektury. Przykładowa sytuacja, analiza i propozycja jak się w tak trudnej sytuacji odnaleźć.
Człowiek za burtą.
Subiektywna próba konfrontacji teorii z rzeczywistością.
Temat znany żeglarzom, głównie za sprawą wymogów egzaminacyjnych na polskie stopnie żeglarskie. Oby tak zostało i obyście nigdy nie znaleźli się w sytuacji, w której musielibyście swoją, zakurzoną wiedzę skonfrontować z rzeczywistością.
To, że się o tym rozmawia i to ćwiczy przed egzaminem nie jest niczym złym. Problem jednak polega na tym, że moim zdaniem tyle samo dobrego z tego wynika co złego. Zaskoczeni? Jak się Wam uda dotrzeć to co najmniej połowy mojego wywodu, będziecie wiedzieli co mam na myśli.
Jeszcze jedno – opisana sytuacja, jest wymyślona ale zainspirowana prawdziwymi historiami i setkami jak nie tysiącami ćwiczeń jakie były przeprowadzone na naszych rejsach. To jak załoga zareagowała, co i jak zrobiła nie musi stanowić wzoru dla podobnych sytuacji, które mogę mieć miejsce w rzeczywistości. Specjalnie nie „zatrudniłem” do odegrania ról w tej historii załogi super doświadczonej i ponadprzeciętnie wytrenowanej. Jak napisałem w tytule, chcę pokazać jak może się mieć rzeczywistość do teorii.
Część I Historia
- Początek, czyli przedstawiamy bohaterów i okoliczności.
__________________________________________________________________________________
Po pierwsze: ludzie nie wypadają za burtę w dobrych warunkach pogodowych. No dobra, wypadają, ale podjęcie człowieka w warunkach lekkich, łatwych i przyjemnych nie powinno stanowić dużego problemu. Taką wersję zostawiamy kursom na stopnie żeglarskie.
Po drugie: nigdy nie zostaniecie uprzedzeni, że za chwilę ktoś, nie z własnej woli opuści pokład jachtu. To zawsze będzie zaskoczenie.
Zawsze to będzie w sytuacji, gdy tylko część załogi jest na pokładzie, przy czym nie zakładajcie, że ta część jest gotowa do natychmiastowego działania. Pozostała załoga jest pod pokładem. Jeden leży w koi dziobowej zaparty między burtami i próbując zagłuszyć uderzenia fal, słucha audiobooka na słuchawkach.
Drugi, w kambuzie próbuje zalać sobie kisiel i w rozkroku balansując w jednym ręku z czajnikiem, próbuje zorientować się gdzie jest pion i tak trafić wrzątkiem do kubka.
Kolejny, lub kolejna załogantka jest w toalecie. Robi tam coś, co zapewne uniemożliwia opuszczenie tego ciasnego pomieszczenia w ciągu kilku sekund.
Jest jeszcze ktoś? A, tak. Kolega w kajucie rufowej zawinięty po uszy w śpiworze odsypia wachtę i międzywachcie, gdy choroba morska zabraniała mu zejść pod pokład. Organizm się jednak o sen upomniał i chłop w końcu zdążył wskoczyć bezstratnie do śpiwora i zasnął.
W kokpicie były trzy osoby. Jedna przy sterze. Druga wciśnięta w rogu kokpitu z kapturem na głowie. Te dwie osoby były oczywiście przypięte wąsami. To ważne. Ważne, bo ważne, ale ważne, ze względu na co będzie działo się dalej.
- Jak to się dzieje?
__________________________________________________________________________________
Trzecia osoba z kokpitu, ale najważniejsza w tej historii, otrzymała właśnie mocny i stanowczy sygnał od swojego żołądka, że tu, teraz i bardzo szybko chce coś wydać. Aby oczywiście nie wymiotować na wciąż jeszcze ładny sztormiak, trzeba szybko wychylić się za burtę. Wąs za krótki, aby wystawić głowę za burtę, zatem w tej przed ostatniej sekundzie przed wydawką, daje radę go całkiem sprawnie odpiąć. Przepiąć się w inne miejsce, to już nie da rady, bo czasu tu już nie ma. Ostatnia sekunda, to dwa szybkie kroki w kierunku rufy.
Ulga. Spowodowana tym, że się zdążyło. Jednocześnie nie mały wysiłek całego organizmu, który wykonuje ruchy trochę przypominające pełznącą dżdżownicę sprawia, że nie za bardzo kontrolujemy ani siebie, ani nasze otoczenie.
W tym momencie wkracza on. Neptun. Rzuca w kierunku naszej kilkunastometrowej łupinki, falę z zupełnie innego kierunku. Taka fala oryginał. Chcąca na siebie zwrócić uwagę. Nikt nie zwraca na nią uwagi, zatem sama się upomina i z woli Neptuna wali w naszą burtę. Wrażenie jakbyśmy się z czymś zderzyliśmy lub coś w nas z impetem wjechało. Jacht przechyla się gwałtownie na burtę. Ostrzy do wiatru, a rufa w sporym już przechyle nabiera rozpędu i w masie wektorów sił działających na łódkę w różnych kierunkach, pojawia się ten nowy. Wektor siły odśrodkowej.
Nasz główny bohater, ten Trzeci z kokpitu, wychylony sporą częścią swojego ciała za reling na rufie, zupełnie nie jest gotowy na nowy front walki i zaparty w zupełnie inną stronę, zaczyna lewitować i uruchamia mu się film w zwolnionym tempie.
Co na nim widzi? Najpierw kokpit w dziwnym nienaturalnym położeniu, bo prawie do góry nogami. Później przelatuje nazwa jachtu naklejona na pawęży i w końcu światła przygasają i odpala się ciemno zielone tło. Z tym tłem pojawia się też coś nowego. Cisza. Znaczy jakby ktoś zakrył mu dłońmi uszy. Taki bardzo przytłumiony dźwięk otoczenia. Sztormiak jakoś dziwnie zaczyna mocno przylegać i w tym momencie słyszy pyknięcie, a następnie syczenie. Teraz Trzeci zaczyna rozumieć, że właśnie rozstał się z jachtem i załogą i został wystrzelony przez dziką falę do wody.
Wokół szyi robi się ciasno i wielka, żółta, rosnąca poduszka wyciąga naszego bohatera do świata hałasu. Woda mimo, że zimna jakby się gotowała. Strasznie dużo tu piany i dynamicznie. Do tego wiatr strasznie głośny. Jakby Eol, ten od wiatru chciał przekrzyczeć Neptuna, tego od wody. Chaos, szok i dezorientacja.
- 30 sekund.
__________________________________________________________________________________
Sterniczka.
Szok. Z tych, które nie mogą przebić się do świadomości, zrozumienia.
Próbuje walczyć z własną stabilnością, bo siła odśrodkowa ogarnia wszystkich. Koło przez sekundy staję się hand relingiem i dopiero po chwili łódka odzyskuje sterowność.
4 sekunda
– Wypadł!!!!! Trzeci wypadł!!!!….aaaa, jak to było???,
CZŁOWIEK ZA BURTĄ!!!!!!! C Z Ł O W I E K Z A B U R T Ą !!!!
Człowiek z kapturem na głowie.
Miał trochę szczęścia. Siedział na zawietrznej i fizyka sama go docisnęła do oparcia. Szukał jednak uchwytu i chyba nie widział wylatującego za burtę Trzeciego. Chyba, bo może kątem oka tak, ale obraz tak nierealny, niespodziewany, że też czeka w poczekalni przed drzwiami świadomości.
Łódka odpada, ale się nie pionuje. Grot mocno trzymany przez talię bierze na siebie napór wiatru i mamy kolejny test stateczności jachtu. Kabestany na zawietrznej rozdzierają wodę próbującą wlać się do kokpitu.
CZŁOWIEK ZA BURTĄ!!!! Dociera. Q….a, dociera. Wypadł. Gdzie??? Gdzie on jest???!!!!
Sterniczka.
Ściskając mocno koło sterowe odzyskuje powoli sterowność.
– Tam, jest!! Taaamm, odwraca głowę do tyłu na pół sekundy. Znaczy…..gdzieś tam, z tyłu…….
Człowiek od kaptura zrywa się na nogi i wbija wzrok w spienioną jeszcze bardziej wywózką jachtu, wodę. Nic.
– Gdzie????!!!! Nie widzę!! Gdzie on jest???!!!
8 sekunda.
Sterniczka
– No tam!!! Tu wypadł!!! Wskazuje na rufę.
– Koło! Rzuć koło!!!
Człowiek z kokpitu zrywa się odruchowo do koła i coś go gwałtownie zatrzymuje. Q…a, wąs. Trzyma mnie wąs. Wyciąga rękę w kierunku koła ale to jest jakieś dwa metry przed nim. Odpina się. Nie myśli o przepięciu, bo koło. Trzeba rzucić koło! Rzucić koło!!!
Trzeci. W wodzie.
Już wie. Coraz bardziej wie i czuje. Jeszcze na bezdechu. Gwałtownie się odwraca w jedną, w drugą stronę. Znowu w inną. Fale. Duże fale! Nic nie widzę. Gdzie oni są.
Łapie oddech i trochę wody. Krztusi się, ale łapie oddech.
Gdzie oni są? Gdzie jest jacht????
Kątem oka łapie kształt nie pasujący do fal.
Maszt. Żagiel! Próbuje krzyczeć. Brakuje tchu. Woda zalewa. Fala zasłania. Macha ręką. Oddech. Znowu z wodą.
Cholera jak daleko. Odpływają! Nie zauważyli!!!
– TUUUUU, TUUUU JESTEM!!!…fala znowu policzkuje
12 sekunda.
Sterniczka odzyskuje kontrolę nad myślami i teraz jeszcze głośniej krzyczy
– CZŁOWIEK ZA BURTĄ!!!! CZŁOWIEK ZA BURTĄ!!! NA POKŁAD!!! CZŁOWIEK ZA BURTĄ!!!!
Człowiek przy kole ratunkowym.
Klęka, aby nie wypaść Dwie ręce są potrzebne. Koło nie współpracuje jakoś nie chce ze swojego siedziska wyjść. Wyszło, jest. Wstaje i chce wziąć zamach i jak najdalej rzucić. Co jest? Coś go powstrzymuje. Nie, to drugie koło sterowe. Drugi zamach. Co jest???? Koło odbija się od achtersztagu i owszem wylatuje, ale nie koniecznie w kierunku, w którym człowiek bez kaptura celował. Wpada do wody……2, może 3 metry za rufą.
14 sekunda.
Pod pokładem.
Kisielu nie będzie. W tym wszystkim dobrze, że zlewozmywak był blisko i tam kubek z czajnikiem wylądowali.
Cholera!!! co jest??? No nie można sobie spokojnie czegokolwiek zrobić.
Z jaskółki wypadło kilka książek i każda jakby chciała w inną stronę. Schyla się i próbuje łapać, to co już na podłodze, najbliżej.
Na dziobie trochę jak w pralce. Tym razem głowa była niżej i ten z audiobookiem jakby świecę nogami robił. Dobrze, że zaparty i dalej w swoim miejscu został.
Toaleta.
Tu zostawiam Wam obszar do zagospodarowania przez Wasze wyobraźnie.
Kabina rufowa. Tu tylko siły odśrodkowe zmieniają kierunki. Człowiek śpi.
Skipper.
Jest. W drugiej rufowej. W półśnie. Dynamika łódki wciska go w ściankę. Otwierają się oczy niczym uruchomienie komputera po trybie uśpienia. Otwierają się, ale jeszcze bez ostrości.
Łopot grota. Szoty foka walą, szaleją. Jeszcze coś. Niezidentyfikowanego.
– Co tam się dzieje? – mówi do siebie.
Łódka wykonuje jakiś ruch, ale dalej w przechyle. Szum wody za burtą trochę inny. Przyspiesza.
Jakiś głos. Co? Co oni tam krzyczą?
Ruch. Ruch w kokpicie. Ktoś skacze, doskakuje. Robi coś nagle, mocno.
Jakieś szarpanie. Co? Że człowiek? Co człowiek? …. Jak co? Co może człowiek? CZŁOWIEK może ….tylko ZA BURTĄ!!!!
– Ffffuck….
19 sekunda.
Nie ma butów…..wyskakuje do mesy i łapie poręcz i jest już w kokpicie.
– TAM….TAAAM wypadł!!!
Zaraz, zaraz, gdzie tam? Patrzy za rufę i widzi koło. Odpływa. Zostaje za rufą.
– Gdzie on jest????!!!!! G D Z I E O N J E E E S T???!!!
Fale jakieś większe niż by się na dole wydawało. Wychodzą raz jedna, raz druga. Jakby chciały coś, kogoś zasłonić. Nic.
– TAAAAAMMMMM!!! Człowiek od koła pokazuje ręką, ale nie dokładnie za rufę. Jakieś 20-30 stopni na lewo.
22 sekunda.
Skipper.
– Yyyyy,
– wciskaj MOBa, wciskaj MOBa!!! (ikonka na ploterze Man over the board).
Sterniczka szuka – jest. Dotyka palcem…..ekran nie reaguje….jeszcze raz ….nic….rękawiczki…..szybko ściąga…..jest – na ekranie pojawia się czerwony pasek.
Sterniczka
– MAM!!! Jest MOB!
Skipper
– przejmuję ster! Wołaj wszystkich!
Przeciska się ze sterniczką. Ogarnia. Żagle. Grot, fok i całkiem szybko płyniemy. Odwraca się
– gdzie on jest?
Człowiek od koła ratunkowego:
– yyyyy, tam, tam jest…..chyba tam…..tak tam jest WIDZĘ..
Dziewczyna (ex.sterniczka) wkłada głowę w zejściówkę i krzyczy:
– człowiek za burtą!!! Człowiek! Za burtą, na pokład!!! Szybko na pokład!!
Człowiek od kisielu już wie. Widział jak skipper wystrzelił na pokład. Ma już kurtkę w ręku i prawie zderza się z dziewczyną i jest w kokpicie…….kamizelka, ….cholera, wraca pod pokład.
27 sekunda
Gdzie ona jest? Gdzie ona jest….a tu wisi. Jest. Zakłada kamizelkę. Głos z kokpitu
– wołaj resztę, wołaj resztę!!
Wpada do rufowej i szarpie za śpiwór…..
Śpioch
– co jest? Hey luz….co jest?
– Człowiek za burtą!!! – intonacja jest taka, że wiadomo, że to nie ćwiczenia.
Człowiek od kisielu robi chyba tylko dwa kroki i jest w dziobowej. Zrywa słuchawki. Wielkie, szeroko otwarte oczy wpijają się ze złością – co jest???
– Na pokład! – Trzeci wypadł!!! Trzeci wypadł!
– Kamizelkę, weź kamizelkę!
Znowu dwa kroki do kokpitu i zderza się z tym toalety. On wie. Jego oczy mówią o przerażeniu i zadają pytanie – co teraz?? Jak???
30 sekunda.
Mija pół minuty od wypadnięcia.
Cztery osoby w kokpicie.
Trzy jeszcze pod pokładem. Ubierają, szykują się.
Skipper ma już (chyba) pomysł. Niby się już obudził, ale mózg jeszcze się rozkręca.
Odległość.
Łódka cały czas była w ruchu. Prędkość – jakieś, 7-8 węzłów.
Przepłynęła w tym czasie około 100m……
- Kokpit
__________________________________________________________________________________
Skipper.
(do tego co koło ratunkowe rzucił)
– Gdzie on jest? Pokaż, pokazuj! Cały czas patrz, pokazuj. Nie spuszczaj go oka. Cały czas!!
Oko (ten on koła ratunkowego), pokazuje ręką za rufę.
– Tam, tam jest, ale czasami mi znika. Fale. Fale są duże i on znika.
– Nie widzę!! Teraz nie widzę. ….O! jest…
Skipper
– odległość! Jaka odległość?
Oko
– yyyyy, 5, 6 długości jachtu.
Skipper – wskazuje na tego od kisiela
– grot luz! Grooot luz!!
– będę robił zwrot, będę robił sztag, uwaga!
Dziewczyna (ex. Sterniczka)
– czekaj! Fok! Trzeba foka…
Skipper
– nie!!! Zostaw foka! Będzie na wstecznym
– grot! co z grotem?
Człowiek od grota
– moment! Buchta jest, moment!
Do kokpitu wpada ten z dziobu.
– co się stało? Kto wypadł?
– trzeci? Jak? Nie był przypięty?
Człowiek od grota
– mam! Otwieram stoper
Szarpnięcie. Łódka drgnęła, a grot zamienia się w wielką łopoczącą flagę.
Skipper
– robię zwrot! Uwaga na głowy…głowy!! Zwrot!
Łódka ostrzy, pionuje się, zderza się z falą, ale ją pokonuje. Przechodzi linię wiatru. Od dziobu rozbryzg wody ogarnia wszystkich. Do duetu flagowego dołącza na chwilę fok. Po chwil się napina i szot na kabestanie jęczy z bólu.
Bezrobotny ale mimo to głośny grot, przelatuje na drugą burtę.
Łódka hamuje i kładzie się na lewą burtę. Człowiek od grota jest teraz na zawietrznej i orientuje się, że nie za bardzo się trzyma. Opiera się o kabestan i widzi jak woda z za burty pochłania relingi.
Łódka jeszcze bardziej kładzie się na lewą burtę.
Oko
– nie widzę! Nie widzę go! Gdzie on jest??
Kolejna osoba wyłania się z zejściówki. Pyta tego co przed chwilą jeszcze był na dziobie.
– co się stało?
Dziewczyna w kokpicie.
– nie ma go!!!
Skipper.
Wychyla ster na nawietrzną i próbuje się zaprzeć, ale na nogach ma tylko skarpetki, które nie poprawiają przyczepności…nogi uciekają i pada na kolana.
Kolejna fala uderza. Tym razem już w prawą burtę. Skipper zjeżdża na zawietrzną i dociska Oko do siedziska. Ogarniają się. Oko jakimś cudem przechodzi nad sternikiem i jest na nawietrznej. Skipper staje przy drugim kole i dociska jeszcze mocniej koło na nawietrzną.
Oko.
Jest na prawej burcie i właśnie się orientuje, że przez chwilę nie patrzył.
Wyciąga szyję i szuka. Z szumu, a właściwie już z huku wiatru i głośnego grota, wychwytuje głos dziewczyny.
– kurde…., ja też go nie widzę!!! Nie widzę go!
Patrzy za rufę. Rozgląda się.
Skipper
– nie!, nie tam! Patrz teraz tu!
Pokazuje rękę kierunek godzina 7-8.
– zwrot zrobiliśmy.
Oko rozgląda się.
Skipper do dziewczyny.
– chodź tu, do plotera. Zobacz gdzie jest MOB.
Dziewczyna przeciska się w kierunku rufy i jest już przy ploterze. Obraz jakiś inny. Ekran się przesunął….szuka ikonki z jachtem. Rękawiczki. Znowu rękawiczki. Ściąga tę z prawej dłoni.
Skipper.
– szukajcie, patrzcie……yyy, przypnijcie się!!! Wszyscy się przypiąć!!!
Do kokpitu próbuje dostać się kolejna osoba. Śpioch. W zejściówce i okolicach robi się ciasno.
Oko
– nie mam wąsa!
Dziewczyna
– podajcie wąsy – krzyczy do tłumku przy zejściówce.
Człowiek od grota już stabilnie, usiadł w kokpicie.
– szot! Lewy szot foka w wodzie!
Ten co był przed chwilą jeszcze na dziobie schodzi na kolanach na siedzisko na zawietrznej. Wychyla się do szota. Uderza fala. Ręce tracą przyczepność i wyjeżdża jak na ślizgawce z kokpitu.
Człowiek od grota był blisko. Siedział. Był zaparty. Łapie za sztormiak i krzyczy
– mam go!! – patrzy na Śpiocha – pomóż! Pomóż mi!!
Śpioch
– tylko się wepnę!
Dziewczyna.
– mam! MOB jest na…..dziesiątej….na dziesiątej!
Skipper
– widzisz go?
Dziewczyna
– tak, widzę go….znaczy MOBa na ploterze
Oko zmienia sektor obserwacji i patrzy teraz trochę do przodu.
– cholera nic tam nie ma….fale te pieprzone fale…..jest!!!! tam jest, prawie przed dziobem, na lewo….
Pokazuje ręką.
Kolejna fale podnoszą łódkę i rytmicznie opuszczają w dolinę. Lewa burta w wodzie i się rozpycha. Na ploterze prędkość dwa, dwa i pół węzła…..w bok. Łódka w dryfie. Ster na nawietrznej. Słyszy głos Oka, że znowu nie widzi Trzeciego. W głowie chaos myśli.
Oko
Łapie się achtersztagu i staje na siedzisku. Widzi więcej.
Dziewczyna
Nie wie skąd, ale ma nagle w ręku wąs. Wstaje i jedną ręką wpina jedną końcówkę w kamizelkę Oka. Jest. Teraz jeszcze sprawniej daje radę drugi koniec w kosz rufowy. Uderza kolejna fale. Trzyma się, ale czuje jak staw barkowy osiąga nową granicę wychylenia. Daje radę.
Śpioch.
Już wpięty łapie tego się co na relingu się zatrzymał i razem z grotowym wciągają człowieka do kokpitu.
– mam! Mam szot! Krzyczy z dumą, co jeszcze przed chwilą prawie do Trzeciego dołączył.
Skipper
– widzisz go?
Oko
– taaaak, nie cały czas, ale jest przed dziobem…..jakieś trzy, cztery długości…
Skipper. Łódka praktycznie stoi….dryfuje, w bok….
– lewy szot foka na kabestan!!! Na kabestan!!
Po chwili słyszy – jest, jest na kabestanie.
Patrzy na tego, co ostatni wyszedł do kokpitu
– prawy szot luz, prawy luz…..uważaj na ręc…….
Kolejny wstrząs i nowy hałas. Szot strzela. Fok uwalnia się i znowu staję się wielką flagą.
Grotowy i Śpioch wiedzą, że mają wybierać i trochę sobie przeszkadzają zbierając luz. Szot chyba zna powagę sytuacji i współpracuje z kabestanem.
– korba! Podaj korbę!
Wszystkie oczy z kokpitu trafiają na tego co prawy szot luzował. Klęczy. Skulony. Zwinięty w kłębek.
Skipper
– co jest??? Co się stało?!
Ten, co skulony, co szota luzował, ściska lewą dłonią nadgarstek prawej. Trochę się prostuje i podnosi do góry…słychać syczenie, ale nie fal ani wiatru. Widok nienaturalny. – – Uuuu..
– siadaj na podłodze, na podłodze…..ten od szota, traci kolory na twarzy, blednie i trochę bezwładnie zsuwa się na podłogę kokpitu.
Trzeci. W wodzie.
Próbuje obracać się i patrzeć w kierunku jachtu. Prawie cały czas go widzi….ale on odpływa. Znowu ta myśl – nie zauważyli. Próbuje krzyczeć, ale sam nie wie czy wydaje dźwięki. Jakby siebie nie słyszał. Fale i wiatr wyją, zagłuszają.
Widzą! Chyba widzą. Z grotem się coś dzieje i maszt jakby do niego zamachał. Coś robią. Chyba zwrot. Nie widzi dokładnie. Pojawia się coś nowego.
Zimno….
Łódka.
Rusza. Przyspiesza.
- Podejście
__________________________________________________________________________________
Prędkość na ploterze rośnie…6…6,8….7,4….7,8kts
Skipper czuje to pod nogami i ma wrażenie, że łódka ucieka mu spod nóg.
Cholera! Za szybko! Za szybko. Chyba krzyczy do siebie.
Oko
– Trzy długości przed dziobem!
Skipper
– Za szybko! – nie jest pewien, czy tylko w myślach, czy mówi na głos do siebie
Odpada od wiatru. Nie energicznie, bo do niekontrolowanego zwrotu przez rufę nie jest daleko.
Grot. Żagiel, który dotychczas był w łopocie zaczyna się wypełniać i skutecznie dokłada swoje do prędkości. Na logu prędkość już 8,5kts.
– Będę ostrzył!
Oko
– Na drugiej!! – Ręka jak wskazówka zegarka nad głową skippera pokazuje kierunek.
Załoga
Dziewczyna pochyla się nad rannym
– Dasz radę? Może zejdź pod pokład?
– taaak, jest ok – ale w tej wypowiedzi nie ma pewności i nawet siebie nie jest w stanie przekonać, że jest ok.
– złaź na dół, zaraz ktoś do Ciebie zejdzie.
– Którą burtą? Którą burtą?! – słychać nad głową.
Skipper czuje wzrok załogi i sam nie jest pewien, ale musi coś odpowiedzieć
– lewa burta, weź bosak, weź bosak!
– dwie osoby na lewą burtę, dwie osoby.
Oko pokazuje już godzinę trzecią.
Sternik gwałtownie, szybko kręci kołem w prawo. Łódka przechyla się na lewą burtą ale po sekundzie zaczyna się pionować. Fale uderzają i podbijają dziób. Pokład znowu niestabilny, dynamiczny. Przyjmuje dużą falę.
– gdzie jest bosak? Pytanie przebija się z szumu wiatru – gdzie?
– na nadbudówce, na prawej burcie!
– jedna długość, na pierwszej, na pierwszej – oko próbuje przejść na prawą burtę, ale w połowie coś go zatrzymuje. Wąs o coś zaczepił. Uwalnia się. Jest na prawej i wraca wzrokiem na wodę i szuka. Nie widzi. Znaczy tylko fale.
– kurde! Nie widzę go, nie ma go!
Skipper przeskakuje na prawą burtę i czesze wzrokiem morze.
Łódka ostrzy. Grot już wcześniej wrócił do łopotu Teraz fok przestaje ciągnąć. Łódka wyraźnie zwalnia i kolejne uderzenie fali od dziobu skutecznie jej w tym pomaga.
– gdzie on jest? Gdzie on jest??!!! – jeszcze nie panika, ale robi się nerwowo.
Łódka niby się pionuje, ale traci stabilność. Fala zaczyna rządzić i powoli przejmuje kontrolę na jachtem.
– jest!!!! Jest tu….- opadająca fala odsłania jaskrawy kolor kamizelki Trzeciego.
– pięć metrów!!!
– heeeee….tu…estem….tuuuu – dolatuje coś z za burty.
Skipper już widzi. Kurde za daleko. Chce jeszcze bardziej w prawo, ale koło już dawno się opiera.
Stopklatka.
Widzi Trzeciego. Chyba jego oczy. Macha ręką. Kolejna fala nakrywa go od tyłu i ….przybliża do jachtu….bliżej….jest bliżej…..
Oko krzyczy
– dajcie bosak, dajcie bosak!
Jest. Niewidzialna ręka podsuwa długi przedmiot. Jedną ręką trzyma się achtersztagu, drugą trzyma bosak i uderza końcem w wodę. Teraz dopiero widać, że nie jest daleko ale poza zasięgiem. Brakuje może 2, 3 metry….bezsilnie uderza w wodę.
Trzeci widzi i próbuje dopłynąć. Próbuje machać, ale kamizelka mocno ogranicza ruchy.
Kolejna fala uderza, ale tym razem w prawą burtę. Bliżej dziobu. Energicznie odpycha dziób. Łódka zmienia kierunek i Trzeci jest już za rufą. Blisko, kurde jak blisko.
Fok łapie wiatr i uderza w powietrze niczym w twardy przedmiot. Jacht reaguje. Rusza.
Sternik próbuje powstrzymać i dociska ster do prawej. Brak reakcji. Czuje napór wody na płetwę i widzi jak woda „gotuje” się za rufą. Trzeci się oddala.
Łódka przez chwilę nabierała prędkości, ale fok sygnalizuje, że znowu wraca do wiatru. Oba żagle łopoczą i zagłuszają otoczenie.
– kurde nie mam sterowności….nie mam sterowności….silnik, odpalam silnik!! Odpalam silnik!!
Stacyjka. Kluczyk. Przekręca w prawo. Pisk z panelu. Nie czeka. Dociska kluczyk.
Żagle, wiatr, wszystko zagłusza.
– odpalił? Odpalił?!!!! – krzyczy w kierunku kokpitu.
Ktoś wkłada głowę w zejściówkę.
Czerwone lampki na panelu gasną. Nie czeka. Manetka do przodu.
Z kokpitu głosy
– pali, odpalił!!!
Skipper podnosi głowę i szuka orientacji. Patrzy pytająco na Oko
– gdzie jest?!
Oko nie pokazuje, bo jedna rękę zaciska na achtersztagu, a drugą trzyma bosak.
– dwie długości za rufą – w głosie nie ma już tej energii sprzed paru sekund.
Manetka jeszcze bardziej do przodu. Kadłub odpowiada wibracją.
– liny uważajcie na liny!! Sprawdźcie, czy nie ma lin w wodzie!!
Postacie w kokpicie jakby to już ćwiczyły, rozdzielają się na obie burty.
– nic nie ma!! Nie ma lin w wodzie!
Skipper
– pilnuj go, nie spuszczaj go z oka i pokazuj – krzyczy w przestrzeń gdzieś nad siebie;
– rolujemy foka! Rolujemy foka!!!
Czuje, że odzyskuje sterowność. Dobrze. Kontrola wraca. Trzyma łódkę do wiatru. Nie centralnie. Wiatr lekko z prawej burty.
– co z fokiem?!!!! – co jest z fokiem?!!!!
– idzie – pada z bliska odpowiedź
– uważajcie na szoty… żeby do wody nie wpadły!
– dwie długości – słyszy nad głową – dwie długości;
– Co??? Ile? Niemożliwe.
Widzi już mały trójkąt foka. Zrolowany, prawie zrolowany.
– odpadam, uwaga odpadam!!
Ster lewo na burt. Jacht reaguje. Kolejna fala pomaga niczym ster strumieniowy.
– na ósmej…trzy długości..- Oko pokazuje kierunek bosakiem.
Grot przestaje szaleć, napina się.
Prędkość. Przyspiesza. Niewiarygodnie szybko.
Bosakowa wskazówka dalej na ósmej.
– cztery,…..pięć długości…..
W głowie skippera
Rufa???? Nieeee….za mocno wieje…..zjadę w dół i zrobię sztag…..ale to za daleko będzie….stracimy go…znaczy nie będziemy go widzieć…..
Na ploterze w polu prędkość szóstka zamienia się w siódemkę.
Jeszcze trochę i będziemy niżej.
– co robimy? – dochodzi z kokpitu.
– siedem długości na szóstej!
Ok, jesteśmy niżej.
– idę do wiatru, robimy sztag, uwaga!!!
Silnik pomaga przebić się przez kolejną falę.
– uwaga na głowy!
Grot hałasuje, przelatuje nad głowami, ale bez chaosu.
Ster prawo na burt. Łódka przechodzi linię wiatru i zaczyna odpadać…..do momentu, gdy grot znowu się napina. Wiatr go wypełnia i uderza w powietrze.
– grot luz, grot luz!!! Nie mogę odpaść!
Ruch w kokpicie. Grot odjeżdża do want. Na sterze znowu trochę luźniej. Łódka znowu reaguje i zaczyna dalej kręcić w prawo.
– nie widzę go, nie widzę!!! – był tam …na drugiej….
Jacht dalej odpada i czuć już wiatr od rufy. Jest rozpędzona. Na logu pokazuje się ósemka.
– przejdź na lewą burtę – skipper do Oka i sam jednocześnie jest przy lewym kole.
Łódka jeszcze odpada. Wibracja kadłuba przypomina, że grot ma pomocnika. Manetka! Manetka zero. Wcześniej nie zauważone niskie tony znikają. Łódka dalej przyspiesza, bo teraz fale swoje dokładają.
– jest, jest!!! Na dziesiątej, trzy długości, trzy długości – bosak znowu patrzy w kierunku Trzeciego.
Skipper.
Jest dobrze. Teraz jest lepiej.
– będę ostrzył! Dwie osoby na prawą burtę, trzymajcie się!!
Ster lewo na burt. Manetka do przodu grot łopocze….zaczyna szaleć.
– na dwunastej…..jedna długość…..nie widzę….
Sternik trochę prostuje, ale jeszcze w lewo. Grot pokazuje, że są w linii wiatru. Szaleje coraz bardziej. Rzuca się. Łódka wpada w drgania. Kolejna fala rozcięta przez dziób zamienia się w mocny, słony prysznic. Nic nie widać. Kurdę wjadę w niego.
Ten grot nas zabije.
– zbierz trochę grota!!
– gdzie on jest???? – najczęściej zadawane ale najważniejsze teraz pytanie
– gdzie on jest??
– nie widzę…chyba przed dziobem.
Łódka dalej rotuje w lewo. Grot się uspokaja. Napina się.
– jest!!! Blisko przed dziobem!! – dobiega od strony kokpitu
Manetka zero.
– trochę w lewo, trochę w lewo!!
Sternik odruchowo kręci kołem w lewo. Słychać jak liny się napinają, jacht przechyla się lekko na lewą burtę.
– teraz prosto….prawiej!….dobrze….
Dwie osoby leżą na pokładzie. Pod dolnym relingiem. Trochę wychylone za burtę.
Dziewczyna wychylona z kokpitu trzyma tego co bliżej za kostki.
Jakieś głosy. Niezrozumiałe. Coraz głośniej.
Sternik, Oko na prawej rufie, ale nic nie widzą. Łódka jeszcze bardziej na lewą burtę. Jakiś krzyk. Kolejna fala zagłusza.
– …szybko…..za szybko – dolatuje – eeee…
Sternik łapie za manetkę. Chce na wstecz – NIEEEE! – człowiek przy burcie…nie może!
Na ploterze 2 węzły.
Jakiś ruch na pokładzie. Głowy tych leżących patrzą w tył. Coś krzyczą. Ręka pokazuje do tyłu.
Oko się wychyla
– tu jest!!! – wkłada bosak jakby pod łódkę – q…aaaaaaa!!!!!
Spod rufy wyjeżdża żółty kołnierz. Ręka. Wyciągnięta ręka.
Stopklatka. Znowu.
Oczy. Nienaturalnie duże. Jakiś głos, chyba krzyk….niezrozumiały. Tego nie trzeba jednak rozumieć. To widać. Strach. Przerażenie.
Nadzieja? Czy błaganie?
Przerażające.
Kolejna fala zakrywa i zrywa kontakt wzrokowy. Tylko żółty kolor kamizelki pokazuje, że się oddala. Trzy, cztery…..siedem metrów.
– pas!!!! Rzuć pas!
Oko patrzy pytająco na skippera
– jaki pas??? Jaki pas?
– Sling!! Sling!!! – pokazuje na żółtą torbę na lewej rufie.
Oko już wie. Rzuca bosak do kokpitu i prawie w tym samy momencie jest na lewej rufie.
To łatwe. Prawie jeden ruch i żółty, piankowy kołnierz ląduje w wodzie za rufą. Jeszcze tylko wydać pomarańczową linkę, bo trochę ogranicza.
– zatrzymaj łódkę!!! Zatrzymaj!
Manetka trochę do przodu. Ster prawo. Jacht reaguje. Dziób celuje do wiatru. Prędkość mniej niż 1 węzeł! Dobrze!!!
– grot w dół, GROOOT W DÓŁ!!!!!!!
Dziewczyna w kokpicie jakby wiedziała wcześniej. Już przy stoperach.
– pomóż!! Rzuca kłąb liny do jednego z tych co z burty wrócili.
Grot reaguje. Wzdryga się, marszczy. Spada….trochę spada…dalej, idzie w dół..
– uwaga na bom, uwaga na bom!!!!
Płachty materiału zakrywają część pokładu.
– refy, zbieraj, refy!
Łódka już w pionie ale bardziej na fale podatna.
Trzymaj do wiatru! Trzymaj do wiatru – głos w głowie skippera.
Oko
– tuuuuu, tu masz – pokazuje ręką za rufę, podnosi linkę – tuuu masz!!!
- Podejście – widok z wody
__________________________________________________________________________________
Trzeci.
MOB.
W wodzie.
Woda, sól, wydają się być wszędzie.
Pas krokowy coraz bardziej uciska, a wielka, napompowana poduszka wokół szyi blokuje głowę niczym kołnierz ortopedyczny.
Próbuje śledzić, nie tracić z oczu łódki. Ona się jednak za falami chowa.
Coś się dzieje. Zauważyli i zaraz podpłyną.
Trudno jednak ocenić co robią, bo obraz wyłapywany między falami jest pourywany.
Próbuje krzyczeć, ale sam nie słyszy swojego głosu.
Pewnie nie widzą. Próbuje machać, ale jest coraz ciężej. Kalosze ciągną w dół. Może je zsunąć?
Czuje już rytm fal i wie kiedy nabrać powietrze i zamknąć oczy i usta.
Czas jest chyba w innym wymiarze. Jakby był w tej w wodzie już kilka godzin.
Fala opada i pojawia niepasujący do otoczenia kształt. Maszt, żagiel. Coś słychać. Łopot.
Widzi coraz i zupełnie wyraźnie. Osoby. Ktoś leży na burcie. Ktoś stoi na rufie.
Łódka się zbliża…ale jakby nie płynęła do niego. Jakby chcieli go tylko zobaczyć.
Widzi już dwie osoby leżące na burcie. Mają bosak…
Dlaczego tak daleko. Może mnie widzą, krzyczy:
– Tuuu jeeestemm…eeeejj…tu jestem…..
Za daleko….za daleko…..nie da rady dopłynąć….nie może się prawie ruszać….kolejna fala zakrywa i przechodzi jacht jest już dalej.
Dobra….dobra, będzie dobrze. Znaczy widzą. Wiedzą gdzie jestem. Spróbują jeszcze raz. Teraz będzie lepiej.
Próbuje ich śledzić, ale jest coraz trudniej. Coraz ciężej. Fale nie odpuszczają.
Nie widzi ich. Za długo. Nie mogą tak daleko odpływać, bo go zgubią!
Próbuje krzyczeć. Nie ma już siły.
Chyba zaczyna panikować. Oddech na najwyższych obrotach.
Coś łapie jego wzrok. Między falami.
Dziób. Są!!! Dziób się zbliża, rośnie….jak szybko….wielki…
– eeee…uwaga…tuuu jestem…!!!
Dziób jakby usłyszał i razem z uderzającą falą trochę odskakuje w bok.
Burta jak wysokie ogrodzenie. Rośnie i się zbliża. Coś z niej wystaje, wisi.
RĘCĘ!
Wyciągnięte ręce!
Wyciąga swoją i dotyka burty…ale co jest?? Oni pędzą!!!…
– za szybko!!! Za szy…
Widzi ręce, dłonie. Próbują w siebie trafić. Jest, ma! Złapał!
Czuje też coś z tyłu głowy. Łapią go.
Woda jednak ciągnie. Jak rzeka. Jak górska rzeka! Głowę otacza zieleń. Szarpnięcie. Jeszcze czuje obcą dłoń, ale nie może jej ścisnąć. Traci ją. Burta jak wielki walec chyba chce na niego wjechać. Znowu zieleń. Nic nie widzi. Coś chyba uderza go w plecy.
Traci orientację. Nic nie widzi, znowu tylko zieleń.
Musi szybko, bo odpłyną. Próbuje jakieś ruchy. Odwraca się i widzi skippera. Wyraźnie. Jak wyraźnie! On się oddala! Rufa jakby na wyciągnięcie ręki, ale jednak za daleko…
Coś się jeszcze dzieje. Druga osoba coś rzuca….łódka jakby się zatrzymała.
Grot luźny. Zatrzymują się!
Głos. Słyszy go, ale nie rozumie. Coś pokazuje. Gdzie? Co???
Jakaś linka za rufą…jakby w jego kierunku.
Teraz!!!! Teraz albo nigdy! Kamizelka próbuje go powstrzymać, ale się nie daje. Macha rękoma. Próbuje płynąć. Dam radę! Dam radę!! Sam się motywuje.
Łódka jednak nie stoi. Nie jest pewien. Macha, jeszcze szybciej….
O coś uderza. To coś w wodzie! Jeszcze raz to coś. Jest!!! Maaa!
Przyciąga do siebie jak małe dziecko, które nie chce oddać ulubionej zabawki.
Żółte. Kojarzy…wie…pas…zna go. Zna go dobrze, bo on zawsze mu przeszkadzał przy cumowaniu..jak ja cię teraz lubię!
Pas jakby ożył i zaczyna ciągnąć. W kierunku łódki. Nie puścić! NIE PUŚCIĆ!!!!
Rufa rośnie, zbliża się. Jest ruch. Już nie dwie, a trzy osoby.
Trzy, dwa, może już metr.
Rufa jakby nad nim. Ktoś schodzi na pawęż. Nie podaje ręki, ale coś robi.
Szybciej!! Szybciej!
Błysk. Drabinka wpada do wody. Wyciąga jedną rękę i próbuje złapać metalową rurkę. Łódka odskakuje. Jak w tańcu. Pas się napina.
Nie chce, ale obraca się na plecy. Nic nie widzi. Fala zalewa oczy i przypomina, że jest słona. Traci orientację. Pasa nie puszcza. Tylko on został. Czuje coś z tyłu. Coś słyszy, ale dalej nie rozumie. Uderza w coś twardego, ale to nie boli.
Drabinka przy boku. Próbuje ją złapać. Tylko jedną ręką, bo pasa nie puści.
Ma!! Teraz puszcza pas i drugą ręka odnajduje rurkę. Próbuje ją ścisnąć, ale jakby nie miał siły, władzy nad dłonią.
Znowu czuje coś z tyłu.
Teraz słyszy
– mam go!!! Mam go!!
Coś twardego uderza go w stopę. Stopień. Macha nogą i uderza, manewruje i łapie oparcie. Staje. Druga noga trafia do pierwszej i jakby wychodził ze stanu nieważkości.
Jest na jachcie…jest…..
Ciągu dalszego tej historii nie będzie.
Czy ona wydarzyła się naprawdę? Nie wiem. Być może. Zapewne były podobne. Wierzę, że większość zakończyła się dobrze, ale się też nie łudzę, że nie wszystkie.
Ta historia, to przykład. Do rozważań. Analizy.
Część II Analiza
__________________________________________________________________________________
Wybaczcie, że jeżeli niektórymi moimi opiniami poczujecie się dotknięci. Nie mam tu na celu pokazanie, że wiem coś więcej lub lepiej. Dzielę się z Wami własnymi obserwacjami z kilkuset ćwiczeń, jakie na swoich i naszych firmowych rejsach przeprowadziliśmy. Z zaskoczenia oczywiście. Zapewniam, że materiał jest bardzo bogaty.
- Załoga.
__________________________________________________________________________________
W opisanej sytuacji, załoga należała do tych sprawnych. Bardzo szybko, gdy tylko znaleźli się w kokpicie, byli w stanie podjąć działania i nie trzeba było im tłumaczyć dokładnie i szczegółowo co mają robić (którą linę ciągnąć lub luzować).
Taka konfiguracja załogi nie występuję zawsze. Na rejsach o charakterze turystyczno – rekreacyjnym, osoby z doświadczeniem żeglarskich należą często do mniejszości.
Nie możecie zatem zawsze liczyć na udział i pomoc całej załogi. Wyobraźcie sobie i podstawcie do opisanej sytuacji, że z siedmiu osób, które zostały na jachcie tylko dwie (oprócz skippera), wiedzą co i jak. Sytuacja i jej przebieg zmieniają się bardzo mocno.
__________________________________________________________________________________
Zaskoczenie w takich sytuacjach występuje zawsze. Nikt nikogo nie będzie o tym uprzedzał.
To bardzo istotny element takich historii. Zanim załoga zorientuje się co i jak, mijają nie tyle sekundy, ale często nawet minuty. Specjalnie w opisie poświęciłem odrębną część pierwszym sekundom. W ciągu zaledwie 30 sekund jacht odpłynął od człowieka w wodzie o ok. pięć długości. To jest potężna odległość. W trudnych warunkach, pierwszy wynikający z tego faktu problem, to kontakt wzrokowy z człowiekiem w wodzie. Ktoś powie, że to nie jest daleko. Teoretycznie tak, ale pomiędzy nami, a człowiekiem będzie już kilka fal. Fal, bo wiemy, że one tam będą i że ludzie nie wypadają na płaskiej wodzie. Fale przy wietrze miedzy 20, a 25kts mogą mieć wysokość 2 metrów, a nawet więcej. Ile wystaje głowa człowieka w wodzie na powierzchnią? Jakieś 20 cm. Jest to zatem bardzo dynamiczna „zabawa” w chowanego między i za falami.
Pierwsze odniesienie do materiałów i programów szkoleniowych dot. tego rodzaju sytuacji awaryjnych – Widzieliście kiedyś rysunek lub filmik obrazujący akcję pt. „człowiek za burtą”? Zapewne tak. Wszystkie takie rysunki czy filmiki szkoleniowe pokazują akcję na płaskiej wodzie i z doskonałą widocznością. Zapewniam, że rzeczywistość nie wygląda tak, jak w podręcznikach żeglarskich.
Na szkoleniach, w książkach przygotowujących żeglarzy do egzaminów lub filmikach instruktażowych, załoga jest zawsze gotowa do działania. Jest na pokładzie i wie od samego początku co, kto i jak ma robić. W tym obszarze także rzeczywistość jest inna.
W opisanej historii, załoga była całkiem sprawna i większość znalazła się na pokładzie w ciągu pierwszej minuty. Całkiem normalną sytuacją jest, że część załogi leży w kojach po swoich wachtach i odsypia. Śpią, są zaspani. Nie są ubrani. Nie pamiętaj, gdzie odłożyli swoją kamizelkę, a nawet jeżeli, to ktoś inny nie mógł znaleźć swojej i sobie pożyczył. Trzeba zatem wyskoczyć z koi, ubrać się, w tym założyć buty, założyć, zapiąć kamizelkę, itd. Zmierzcie sobie kiedyś czas ile Wam to zajmie. Następnie policzcie jaką odległość przepłynął jacht w tym czasie. Jak będziecie mieli wynik tego działania nałóżcie na tę odległości odpowiednią ilość fal. Dodam, że na Bałtyku i innych płytkich akwenach, tych fal będzie więcej. Każda z nich będzie starała się zasłonić naszego nieszczęśnika w wodzie.
Takich prozaicznych przeszkód stojących na drodze do gotowości załogi do działania na pokładzie może być i często będzie więcej. Każda przekłada się na cenne sekundy i metry oddalające nas od człowieka za burtą.
- Środki ratunkowe
__________________________________________________________________________________
W procedurach ratunkowych jest pozycja pt. „podaj środki ratunkowe!”
Hmmm, nie, no generalnie ok. …..tyle, że:
Podanie środków ratunkowych w sytuacji, gdy jacht „odjechał” od człowieka o więcej niż jedną długość, przestaje mieć sens. Dlaczego?
Z co najmniej dwóch powodów: nie jesteście w stanie rzucić kołem ratunkowym na odległość długości jachtu. Ktoś zapyta – ja nie dam rady? – trzymaj piwo i patrz! Jak nie wierzycie, to spróbujcie najpierw rzucić kołem stojąc na brzegu. Zmierzcie lub oszacujcie odległość. Potem spróbujcie rzucić koło będąc w kokpicie rozkołysanego jachtu. Oprócz tego, że musicie sporo energii poświęcić na utrzymanie się stabilnie i w pionie, to macie jeszcze sporo przeszkód. Achtersztag lub dwa achtery. Nie niektórych łódkach baksztagi. Wystające anteny, postawione do pionu trapy, wiszące dinghy, bimini i masę innych rzeczy, które możecie sobie zaobserwować na rufach jachtów w marinie. Ćwiczyliśmy to na naszych rejsach i zapewniam Was nie jest to łatwe i w praktyce wygląda to tak, że koło spada kilka metrów od jachtu. A i jeszcze jedno – dopowiedzcie sobie sami, jaki będziecie mieli wynik w rzucie kołem, gdy człowiek wypadnie w kursie z wiatrem i będziecie musieli rzucić koło pod wiatr.
Aaaa, jeszcze drugie – często do koła przywiązana jest tyczka……rzućcie szybko i skutecznie takie koło.
Swoją drogą tego też kiedyś spróbujcie.
Jeszcze jedno w temacie koła ratunkowego w wodzie. Załóżmy, że koło ratunkowe rzucone jest do wody po około 30 sekundach od wypadnięcia. To jest i tak całkiem dobry wynik. Odległość człowieka od tego koła to będzie około 40m. I znowu – po pierwsze fale. Człowiek, który dopiero wpadł do wody i jest w mocnym szoku i próbuje odnaleźć się w przestrzeni, na 90% nie będzie widział tego koła. Dlaczego? Owszem. koło jest w kolorze jaskrawym, ale nie wystaje więcej nad wodę niż głowa człowieka. Pamiętamy, że pomiędzy nim, a kołem jest kilka dwumetrowych fal i tylko czasami przez przypadek, taki człowiek może je zauważyć.
Nawet jak ma szczęście i bystro rozgląda się dookoła i koło zauważy, musi jeszcze do niego dotrzeć. Spróbujcie przepłynąć 40m w odpalonej kamizelce ratunkowej na zafalowanym morzu. Opisywać dalej nie muszę. Ci, co byli w odpalonej kamizelce w wodzie, wiedzą o czym piszę.
Do czego dążę w tym punkcie? Do tego, że rzucanie koła w momencie, gdy odjechaliśmy już trochę od człowieka, moim zdaniem nie ma za bardzo sensu. Ok, nawet jeżeli daje to kilka procent szans, to można to zrobić, ale proszę nie „fiksujcie” się na tym i nie wierzcie, że to jest najważniejsza rzecz w danym momencie.
- Pomysł, pomysły i kierowanie akcją
__________________________________________________________________________________
Jak już wspomniałem wcześniej, na naszych rejsach bardzo często ćwiczymy ten manewr. Oczywiście bez uprzedzenia. W różnych sytuacjach (o tym też trochę napiszę).
Mamy bardzo dużo obserwacji, które interesujące są szczególnie w aspekcie dowodzenia akcją.
Niestety, nie rzadko zdarza się tak, że nic się nie dzieje przez te pierwsze 30 sekund. Analizując te akcje z załogą i w gronie naszych skipperów, dochodzimy do wniosku, że wynika to z zaskoczenia, a właściwie z tego, że większość lub wszyscy są w szoku. Zapewniam Was, że sytuacji, gdy obecni w kokpicie natychmiast rzucają się do działania, nie jest wcale tak dużo. Są takie akcje, ale wg. moich prywatnych szacunków nie więcej niż 30%. Nie będę się tu kolejny raz powtarzał, co się dzieje w ciągu 30 sekund.
Kolejne spostrzeżenie z takich – ćwiczeń. Wielu z żeglarzy wychodzi z założenia, że ten, który trzyma w tym momencie ster, dowodzi. Tak nie jest. Przecież nie rzadko jest tak, że za sterem stoi osoba najmniej doświadczona i / lub nawet jeżeli już trochę pływała, nie ma jeszcze wystarczającej wiedzy, aby mieć w głowie od razu pomysł i zdolność wydawania poleceń załodze.
Jeżeli w kokpicie lub bardzo blisko nie ma skippera – dowodzi oficer wachtowy.
Jeżeli takowy nie został wyznaczony – człowiek z największym doświadczeniem. Oczywiście trzeba wzywać skippera, ale on przecież może śpi lub jest w toalecie i może pojawi się w kokpicie po minucie lub później.
Niestety zdarzało się w trakcie ćwiczeń, że oficer wachtowy nie podjął natychmiast aktywnego dowodzenia. Więcej, zdarzały się sytuację, że każdy z obecnych w kokpicie miał swój pomysł i wyrażał go coraz głośniej i coraz bardziej stanowczo. Domyślacie się jaki powstaje w takich sytuacjach chaos komunikacyjny o emocjach nie wspominając.
To wszystko przekłada się na czas i rosnącą odległość.
Na koniec tego punktu dodam jedną rzecz. Moim zdaniem, nie jest dobrze, aby osoba sterująca jachtem dowodziła akcją ratunkową. Dlaczego? Wróćcie do opisanej historii. Skipper i jednocześnie sternik, musi swoją uwagę i swoje zdolności podzielić na szeroko rozumiane ogarnianie akcji i sterowanie jachtem. Wystarczy, że sterowanie jachtem pochłonie 20, 30% jego uwagi, a myślę, że w rzeczywistości, tyle procent pozostanie mu na planowanie i dowodzenia akcją ratunkową. Wasze zdolności analityczne, możliwości obserwacji otoczenia tego co dzieje się na pokładzie zostają mocno ograniczone tym, że musicie też jednocześnie sterować.
Jeżeli zatem jesteście oficerem wachtowym lub skipperem, nie pchajcie się za ster. Przydzielcie tę funkcję temu, który w Waszej ocenie najlepiej potrafi sterować jachtem. Wy zajmijcie się obserwacją, planowanie i wydawaniem poleceń. Zapewniam – Wasze zdolności w tym krytycznym czasie będą znacznie lepsze, a każdy 1% waszych możliwości więcej, może komuś uratować życie.
Jak się szkoli na kursach? W przytłaczającej większości, sterujący jachtem jednocześnie dowodzi akcją. To się niestety utrwala i zostaje w żeglarskich głowach. Nie u wszystkich, ale u przeważającej większości.
- Podejście do człowieka za burtą
__________________________________________________________________________________
W literaturze żeglarskiej i na wielu szkoleniach, podaje się kilka sposobów podejście do człowieka za burtą. Nie można o nich napisać, że są to złe pomysły, ale w przeważającej większości nie uwzględniają one kilku czynników (o niektórych było wcześniej), które na pewno w części, a jak się ma pecha to w całości wystąpią:
– zaskoczenie;
– gotowość pozostałej na pokładzie załogi do szybkich, sprawnych i bezpiecznych manewrów;
– wiedzy i doświadczenia pozostałej na pokładzie załogi do wykonywania chociażby podstawowych manewrów;
– warunków pogodowych (trudnych, bardzo trudnych lub skrajnie trudnych – oczywiście);
– ewentualnych problemów jakie mogą się pojawić w trakcie akcji ratunkowej, a prawdopodobieństwo pojawienia się ich w takich sytuacjach, jest ogromne.
Manewr Monachijski, ósemka sztagowa lub inne manewry z użyciem żagli, szczególnie w trudnych warunkach wymagają dużej sprawności i doświadczenia załogi. Załogi, która przecież nie jest „w blokach startowych” lub w gotowości jak na regatach, musi się zebrać, znaleźć się w kokpicie, ogarnąć co i jak i dopiero może zacząć coś robić. W opisanym przykładzie, większość załogi znalazła się w kokpicie w ciągu kilkunastu sekund. To jest rewelacyjny wynik. W rzeczywistości może to zająć nawet kilka minut. Wyobraźcie sobie, że jest to „psia wachta”. Większość śpi zanurzona głęboko w śpiworach. Zanim się obudzą, uwolnią z otulenia, ubiorą, założą kamizelki, miną minuty. Stosując się do podręcznikowych sposobów, odjedziecie od człowieka o 300, 400 metrów, a może i więcej. W nocy, a nawet w dzień, odnalezienie człowieka w ciemności, między kilkumetrowymi falami, jest bardzo trudne.
- Żagle. No właśnie, żagle.
__________________________________________________________________________________
Czy płyniecie pod wiatr, czy z wiatrem, gdy wieje ponad 20kts, każdy manewr, który trzeba wykonać szybko, staje się bardzo trudną operacją.
Gdy płyniemy pod wiatr, musimy prędzej, czy później odpaść, a może nawet zrobić zwrot przez rufę. Kto robił taki manewr przy silnym wietrze i na fali, wie dokładnie, że nie jest to łatwy manewr. Ok, może nie jest skrajnie trudny, ale jak się go źle wykona (niekontrolowana rufa), skutki mogą być tragiczne, a jeden człowiek za burtą, to będzie dopiero przygrywka. Był taki reżyser i chyba tylko dlatego, że życia mu zabrakło, nie nakręcił horroru o człowieku za burtą.
Gdy płyniemy z wiatrem jest trochę łatwiej, pod warunkiem jednak, że zareagujemy szybko. Bardzo szybko. Inaczej kolejne setki metrów będą nam się nawijały na logu co kilkanaście sekund.
Wracam teraz do szkoleń. Wszystkie lub prawie wszystkie szkolenia uczą podejścia do MOBa pod żaglami. Jest oczywistą oczywistością, że tak też trzeba potrafić (trochę jak z nawigacją na mapach papierowych). Problem jednak polega na tym, że szkolenia dotyczące takich sytuacji ograniczają się do takich sposobów. Ktoś powie, tak, bo trzeba potrafić to zrobić na żaglach, bo jak silnik zawiedzie, itd. Po drugie na silniku to jest łatwo.
Trudno się z tym nie zgodzić, ale nasze doświadczenie oparte na setkach ćwiczeń takich manewrów mówią coś więcej i trochę inaczej każą patrzeć na programy szkoleniowe. Ponad 70% załóg, które zostały zaskoczone na naszych rejsach koniecznością podjęcia człowieka za burtą (spokojnie – wyrzucaliśmy za burtę koło ratunkowe, które udawało MOBa), podejmowała próbę podejścia pod żaglami. Jakie były tego efekty? Część załóg mieściła się w 3ch do 5ciu minut. To jest wynik z tych bardzo dobrych. Niestety, była grupa na poziomie 10%. Najwięcej załóg mieściło się w przedziale czasowym od 5 do 12 minut. Jeżeli to nie jest zimna woda, to jeszcze nie jest źle. Gorzej jak będzie to wiosenny lub jesienny Bałtyk (o zimowym już nie wspominam). Gdy po ponad 10 minutach będziemy mieli przy burcie człowieka, który w stresie przebywał w wodzie o temperaturze poniżej 10 stopni, nie liczcie na to, że będzie z Wami współpracował. Jego palce, dłonie będą już wymarznięte, że nie będą w stanie utrzymać ołówka.
Blisko 30% załóg manewrując pod żaglami, potrzebowała ponad 12 minut.
Domyślacie się też, że ćwiczyliśmy te manewry w raczej łatwiejszych warunkach, zatem dodajcie do każdej z przywołanych grup kilka minut biorąc pod uwagę to, że takie sytuacje dzieją się w silnym wietrze i na zafalowanym morzu.
Zdarzały się nam także sytuacje, w których w ferworze walki z żaglami dochodziło do niebezpiecznych sytuacji na pokładzie. Właśnie dlatego w opisanym przykładzie jest niewielka zajawka i jeden z załogantów demoluje sobie palce luzuj w pośpiechu mocno napięty szot foka.
Jacht w silnym wietrze i na fali, tańczy bardzo dynamicznie i niestety nierytmicznie. Samo poruszanie się w kokpicie lub na pokładzie jest już sporym wyzwaniem.
- Z żaglami już przy samym człowieku
__________________________________________________________________________________
No dobrze, powiedzmy, że załoga wyjątkowo szybko znalazła się w kokpicie i była bardzo dobrze zorientowana, zgrana i manewry wykonywała jak na regatach. Wyznaczone Oko przez nawet ćwierć sekundy, mimo obracającego się jachtu i wysokich fal nie straciło MOBa z pola widzenia i naprowadziło sternika precyzyjnie na człowieka w wodzie. Oczywiście manewr był z tych idealnych, zatem jacht podpłynął do człowieka w wodzie pod wiatr, mając go po stronie zawietrznej (manewr na morzu). Pięknie!
To teraz, przy wietrze o prędkości 25kts (to jeszcze nie sztorm) i fali o wysokości ok. 1,5 metra (to też nie jest za wysoka fala), zatrzymajcie jacht mając postawione żagle. Zatrzymanie mam na myśli zwolnienie jego prędkości do okolic 1 węzła. Nie szybciej(!), bo praktycznie nie ma szans utrzymać człowieka przy burcie, gdy jacht płynie szybciej. Zaskoczeni? To dla przykładu – przeciętny pływak, gdy płynie na basenie kraulem, płynie z prędkością około 1 węzła. Z perspektywy kokpitu, prędkość 1knt sprawia wrażenie jakbyśmy stali w miejscu. Z perspektywy wody, to przy takiej prędkości niektórzy mogliby mieć problem z dogonieniem jachtu.
Dalej – powiedzmy udało się nam zredukować prędkość do około 1 węzła. Pytanie – jak długo jesteście stanie w tych warunkach na morzu utrzymać jacht dziobem do wiatru? Kilka sekund. Kilkanaście, gdy macie szczęście. Jacht, który prawie stoi nie ma sterowności i jest zdanym na łaskę fal i wiatru. Jest jeden wyjątek, ale o tym w ostatniej części. W praktyce wygląda to tak, że po 2ch, 3ch sekundach jacht zaczyna się obracać. Pół biedy jak odpada od człowieka w wodzie. Gorzej, jak zaczyna odpadać na niego. Jacht odpada i nawet najbardziej wyluzowane żagle, zaczną w którymś momencie, czytaj – całkiem szybko, pracować. Wystarczy 10, 20% pracującej powierzchni żagla, aby przełożyło się to na prędkość jachtu. W ciągu kolejnych kilku sekund, na logu zobaczycie 3, 4, 5 i więcej węzłów. Jeżeli w ciągu tych pierwszych pojedynczych sekund po dopłynięciu do człowieka nie uda się wam go wyciągnąć, możecie już planować kolejny sposób podejścia.
Znowu, z uporem maniaka wracam do szkoleń i instrukcji. Mówią one z laickim spokojem: podpłyń do człowieka pod wiatr, miej go po zawietrznej, zatrzymaj jacht (😊!) i tak dalej, i tak dalej.
Aby jeszcze dołożyć do tego czarnowidztwa, dopowiem jeszcze, że w silnym wietrze, wyluzowane żagle, oprócz tego, że chcą wam zrobić wielki bałagan na pokładzie, chcą wyrwać szoty lub szalejący bom grota celuje w czyjąś głowę, to jeszcze bardzo skutecznie dokładają kolejne decybele i skutecznie zagłuszają komunikację w załodze. Na kursach, egzaminach, takie manewry robi się zazwyczaj w ciszy i skupieniu. Zupełnie inaczej jest w rzeczywistości.
- Koniec narzekania. Czas na wymądrzanie
__________________________________________________________________________________
Praktycznie w całym wcześniejszym tekście, skupiłem się na tym, aby pokazać jak różni się rzeczywistość od teorii. Wymyśliłem jakąś tam wersję MOBa. Trochę dołożyłem pecha, ale w gruncie rzeczy i na szczęście tego co wypadł za burtę, załoga nie była głęboko zakopana w śpiworach i była bardzo sprawna w wykonywaniu manewrów. Dołożyłem do tej historii też trochę szczęścia. Mimo, że kilka razy zgubili z pola widzenia nieszczęśnika, udało się im go odnaleźć. Historię tę umieściłem też za dnia. Trochę idąc na łatwiznę, bo jakby to było w nocy, cały tekst sprowadzałby się wypowiadania tego zdania przez całą załogę: nic nie widzę, nic nie widzę! I dopiero uderzenie o burtę zasygnalizowałoby, że człowiek jest chyba przy jachcie.
Dlaczego skupiłem się na pokazywaniu różnic między tym co w książkach i na wykładach, a tym co na morzu? Z co najmniej dwóch powodów:
– Aby uświadomić, jak trudny jest to manewr. Jest cholernie trudny i obawy zdającego egzamin, czy egzaminatorowi spodoba się ich manewr czy nie, są dosłownie niczym w stosunku do tego, co się będzie działo, gdy się wydarzy.
– Drugi powód pastwienia się nad teorią, jest taki, że tai system szkolenia i pokazywania manewru człowieka za burtą wprowadza błędne podejście do tego rodzaju sytuacji. Co mam na myśli? Ponownie wracam do obserwacji z naszych testowych manewrów jakie fundujemy swoim załogom dość często na naszych rejsach. ¾ załóg próbuje wykonać ten manewr tak jak byli szkoleni, czyli manewrując pod żaglami. Zdecydowana mniejszość odpala na początku silnik. Przytłaczająca większość walczy z użyciem żagli. Efekt jest słaby, aby nie powiedzieć bardzo słaby. Nasze niezapowiedziane ćwiczenia robimy zazwyczaj w łatwych lub nietrudnych warunkach, a i tak podejście na żaglach jak się uda, to zazwyczaj i nie wcześniej jak po 15 minutach. Przy czym nie ma mowy o całkowitym zatrzymaniu jachtu i MOB waży jakiś 1, 2kg i można wyciągnąć go bosakiem jedną ręką. Większość jak już widzi skalę trudności i traci nadzieję na skuteczny manewr z żaglami, decyduje się na odpalenie silnika. Jest też spora grupa, która pyta, czy może włączyć silnik. Inni, gdy już się poddają albo wyciągną koło po 20 minutach, w podsumowaniu pytają z zaskoczeniem – a można było włączyć silnik?
Długo się nad tym zastanawiałem. Nie raz też pytałem skąd wątpliwość lub brak pomysłu na użycie silnika. Jeżeli padały już jakieś odpowiedzi, to były w rodzaju, że myślałem, że z silnikiem nie można. Nikt nam o tym mówił. Ćwiczyliśmy tylko przez trzy dni perfekcyjne podejście do człowieka podpływając pod wiatr, luzując żagle, itp.
Takie podejście na etapie szkolenia początkujących żeglarzy sprawia, że w głowach „zaparkowała” tylko i wyłącznie jedna metoda na podjęcie człowieka, który wypadł za burtę. Tak jest i takie są fakty. Możemy dyskutować o tym, że żeglarze powinni umieć wykonać taki manewr pod żaglami i ja się tu w pełni zgadzam. Problem polega jednak na tym, że powinniśmy uczyć i szkolić żeglarzy SKUTECZNEGO manewru ratującego życie. Poświęćmy czas na manewry pod żagli, ale też pokażmy, że można inaczej. Szybciej i skuteczniej. Nie wspominając już o tym, że łatwiej. Oczywiście manewr z użyciem silnika, to nie jest antidotum na wszystkie problemy związane z człowiekiem za burtę. Tym bardziej ćwiczmy i to pokazujmy w książkach. Pokazujmy, że gdy używamy silnik trzeba uważać na wypadające do wody liny i na to aby nie kręcić śrubą, gdy człowiek jest przy burcie. Ktoś powie, że tego nie trzeba ćwiczyć, bo to jest łatwe. To ja się w tym miejscu zapytam – to dlaczego w sytuacji, gdy trzeba ratować człowieka, większość tego nie robi? Dlatego, że uruchamia się w takich sytuacjach źle wyuczony automatyzm. W takich sytuacjach nie ma czasu na wielkie i długie analizy w rodzaju „katastrofy w przestworzach”. Trzeba działać natychmiast. Trzeba opanować załogę, jacht i odnaleźć w ciągu pojedynczych sekund w trudnej sytuacji na morzu.
Na szkoleniach i w literaturze trzeba mówić o tym, że to zawsze będzie z zaskoczenia, w bardzo trudnych warunkach i z ograniczonymi zasobami ludzkimi, bo przecież co najmniej jednego jest mniej na pokładzie.
Na szkoleniach trzeba mówić i uświadamiać, że trzeba wykorzystać wszystko co mamy do dyspozycji, bo ratujemy życie. Wszystko, czyli także silnik.
No dobrze, to jak to zrobić?
__________________________________________________________________________________
Subiektywnie, na podstawie własnych obserwacji, przemyśleń i wielu, wielu ćwiczeń, proponuję dwa sposoby:
Sposób pierwszy – trzy najważniejsze czynności:
- Pierwszą czynność jaką wykonujemy po wypadnięciu człowieka za burtę, jest natychmiastowe stanięcie, skierowanie jachtu pod wiatr. Obojętnie jakim kursem płyniemy. Jest jeden ruch sterem. Na wiatr!
Co nam to daje? Przede wszystkim nie odpływamy od człowieka.
Jeżeli wykonamy ten jeden ruch krótko, natychmiast po wypadnięciu człowieka za burtę, mamy go kilka, może kilkanaście metrów od siebie. Co nam to daje? Niebezpieczeństwo, że stracimy go z oczu maleje. Szansa na skuteczne podanie środków ratunków w rodzaju koła, rzutki, slingu – ma jeszcze sens.
- Druga czynność, to uruchomienie silnika. Dlaczego? Dlatego, że stojąc pod wiatr, z wyluzowanymi żaglami, możemy kontrolować jacht. Dajemy sobie możliwość i czas na zebranie załogi w kokpicie.
Zapewniam też, ze nagłe stanięcie do wiatru (łopot żagli) i uruchomienie silnika postanowi na nogi jeżeli nie całą, to na pewno większą część załogi.
- Trzecia czynność, to zrzucenie żagli. Stojąc pod wiatr z włączonym silnikiem, kontrolując zachowanie łódki, mamy czas na zrzucenie żagli.
Stając natychmiast pod wiatr i uruchamiając silnik, cały czas pozostajemy w niewielkiej odległości od człowieka w wodzie.
Później, po zrzuceniu żagli, możemy operować jachtem w dużo mniejszej odległości od MOBa, niż w sytuacji, gdy robimy to z użyciem żagli. Owszem są z tym związane zagrożenia, ale mając taki sposób przećwiczony i zapisany w głowie jako pierwszą procedurę, szansa na podjęcie człowieka z wody, w mojej ocenie rośnie wielokrotnie.
- Jak już staniemy do wiatru, odpalimy silnik i zrzucimy żagle, możemy w miarę posiadanych zasobów ludzkich, wcisnąć funkcję MOBa na ploterze, przygotować siebie, załogę i jacht do wyciągnięcia człowieka. Robiąc zwrotu i poszukując na morzu człowieka, nie będziecie mieli ani możliwości, ani czasu, ani zasobów i bardzo często nie będziecie pamiętali o wielu czynnościach, które powinny być wykonane, aby człowieka odnaleźć i wyciągnąć na pokład. Dopiero jak będziecie do niego podpływać, będziecie się zastanawiać jak go wyciągnąć. MOBa na ploterze wciśniecie, owszem, ale często po jakiejś chwili. Ta chwila, gdy będzie robić zwroty pod żaglami może sprawić, że MOB na mapie będzie 200, 300m od miejsca, w którym wypadł człowiek.
Jakie są największe zalety takie manewru?
Dwie: możemy to zrobić bardzo szybko i dwa pierwsze kroki może wykonać praktycznie jedna osoba. Ta ważne, bo całkiem częstą sytuacją będzie to, że na wachcie w kokpicie są dwie osoby. Jedna wypada za burtę i zostaje tylko ta druga, która sama nie będzie w stanie wykonywać zwrotów pod żaglami w silnym wietrze.
Sposób drugi – też trzy najważniejsze czynności:
- Nie wypadać.
- Nie wypadać.
- …………………..wypełnijcie sami.
Ps.
- Nie sposób omówić cały ten temat na niecałych trzydziestu stronach. Mniej lub bardziej świadomie nie wszystkim wspomniałem. Może kiedyś, jak się będę się nudził na emeryturze, temat rozwinę i tych, co jeszcze nie zanudziłem na śmierć, skutecznie dobiję.
- Większość lub wszyscy, którzy pochylili się nam moim tekstem miało i ma swoje przemyślenia, uwagi sposoby na podobne sytuacji. Mam nadzieję, że tak jest. Nie oczekuję, że będą one spójne z moim postrzeganiem tego problemu. Mam tylko jedną prośbę – swoje koncepcje, pomysły podstawcie pod rzeczywistość. Taką z jaką macie często i zazwyczaj do czynienia. Nie twierdzę, że wasze procedury nie będą do nich pasowały, ale mam prośbę, abyście spróbowali je skonfrontować z tym, z kim będziecie mieli do czynienia, gdy się wydarzy. To bardzo ważne, aby odnieść się do rzeczywistości, a nie pozostać w nawiasie teorii, bo papier przyjmie wszystko, a morze nas zweryfikuje bez czytania konspektu.
- Manewr człowieka za burtą ćwiczcie często. Co najmniej raz w roku na początku sezonu, a najlepiej z każdą nową załogą, z która przyjdzie wam żeglować. Jeżeli nie chcecie straszyć swojej rodzinnej załogi (czytaj żony, dzieci, szwagra lub teściowej), to możecie to przećwiczyć np. ratując zgubiony odbijacz. Załoga nie będzie tym bardzo zestresowana, a dla was jako skippera, mimo, że w konspiracji, będzie to doskonałe ćwiczenie.
- Zrobiliśmy kiedyś na jednym z naszych rejsów manewr człowiek za burtą (bez uprzedzenia oczywiście) płynąć pod spinakerem. To jest dopiero temat. Może kiedyś. Dodam tylko, że wynik zaskoczył mnie bardzo. Bardzo pozytywnie. Załoga zrobiła cały manewr w niewiele ponad 7 minut. (…) no dobra, ładna pogoda była…
Jacek Sułtan Chabowski