Wspomnienia

O przemianie szczurzycy lądowej w wilczycę morską – Ania Stefa Stefanowicz

Często myślę, że żeglarstwo morskie, zawiera w sobie wszystko - cytując Edwarda Stachurę - „całą nędzę i całą wielkość”.

„Navigare necesse est”                                                                        Kadyks, 12.01.2022

Mądrzy ludzie mówią, że nigdy nie jest za późno, aby zacząć żeglować… Niektórzy podobno odkrywają uroki żeglarstwa dopiero na emeryturze. Wygląda więc na to, że należę do grupy szczęściarzy, gdyż przygodę z żeglarstwem rozpoczęłam we względnej młodości, a ściślej – w wieku średnim; w pierwszy rejs wypłynęłam w 40 urodziny.  Przygoda zaczęła się poniekąd przez przypadek – przyjaciółka zaprosiła mnie do pary do dwuosobowej koi na rejs w Chorwacji. Byłam pełna obaw – jak TO w ogóle wygląda? Naprawdę da się wejść wygodnie do wnętrza łodzi? I nawet stać w środku w pozycji wyprostowanej? Ugotować obiad? Zmieścić TYLE osób w kojach? O niczym nie miałam pojęcia i byłam zachwycona wszystkim, choć ze względu na warunki pogodowe, znaczna część pływania wspomagana była silnikiem. Ten pierwszy rejs i ludzi, którzy pomagali stawiać pierwsze kroki na pokładzie i uczyli szczurzycę lądową najbanalniejszych żeglarskich czynności, a także odwiedzone miejsca – Šibenik, Lastovo, Korčula, będę zapewne pamiętać po grób. Wtedy stało się to, czego zupełnie się nie spodziewałam – zaraziłam się żeglarstwem i dziś nie wyobrażam sobie życia bez żagli. Powiedziałabym, że jest coraz gorzej – im więcej pływam, tym bardziej chce mi się pływać.

Często myślę, że żeglarstwo morskie (do takiego właściwie ogranicza się moje doświadczenie), zawiera w sobie wszystko – cytując Edwarda Stachurę – „całą nędzę i całą wielkość”. Nędznie i bardzo ciężko bywa, kiedy dopadnie choroba morska w postaci skrajnej. Choroba, która zdaje się nie mieć końca, nie pozwala jeść, pić ani myśleć. Zabiera przytomność umysłu. Poniekąd jest nawet zabawna – te bladozielone postaci biegnące z obłędem w oczach na rufę lub do toalety, forsujące w panice drzwi kajut, potykające się o kalosze, ślizgające się po podłodze, rzucane na fali z kąta w kąt, nabijające sobie siniaki, i, być może, przeklinające dzień, w którym zetknęły się z żeglarstwem (kto w długo trwającym stanie bladozielonym i rzygliwym nie przeklinał żeglarstwa, niech pierwszy rzuci kamieniem). Nędznie bywa, kiedy nie ma wiatru i żagle, czyli to, co stanowi istotę żeglarstwa, stają się zupełnie bezużyteczne. Jeśli nie przepada się za dźwiękiem silnika i zapachem spalin, można, przy przedłużającej się flaucie, popaść w smutek i irytację. Nędznie bywa również niekiedy na psiej wachcie w bezgwiezdne i nijakie noce, kiedy „nic się nie dzieje”, kiedy walcząc ze słabością i wszechogarniającą sennością, kuląc się z zimna, niecierpliwie zerka się na zegarek, odliczając minuty do końca wachty.

Ale dość już o „nędzy” żeglowania, czyli o tym, co stanowi jedynie przyprawę i w ostatecznym rozrachunku dodaje smaku, wyostrza barwy, pozwala wyjść poza strefę komfortu, zmierzyć się z własną słabością, a więc, pomimo wszystko, daje satysfakcję. Przejdźmy do tego, co stanowi esencję żeglarstwa, o czym najczęściej się opowiada i śpiewa szanty. Woda. Najlepiej rozkołysana – kiedy już (o Neptunie!) oswoi się chorobę morską. Woda w różnorodnych barwach – stalowosina, granatowa, zielona bądź turkusowa. Mniej lub bardziej słona. Można doświadczać jej na różne sposoby. Jako fal wlewających się do kokpitu w trudnych warunkach pogodowych. Jako środowiska, w którym można przetestować kombinezony wypornościowe, co chętnie uczyniliśmy podczas sprzyjającej aury w czasie rejsu Lizbona-Portimão, pod czujnym okiem naszego kapitana, Jacka Chabowskiego. Można też doświadczyć wody całkiem klasycznie – zeskakując z dryfującego jachtu do Zatoki Gdańskiej i pływając wpław, jak wtedy, kiedy latem, podczas powrotu z Gotlandii, którą odwiedziliśmy z kapitan Joanną Pajkowską, trafiliśmy na flautę i mocne słońce. Kilka dni temu pierwszy raz miałam okazję spróbować żeglugi po Atlantyku i poczuć bliskość czterometrowych fal, które, choć spore, są zupełnie niegroźne. Najciekawsze są wrażenia za sterem, kiedy fale idące od rufy podnoszą ją wysoko, dzięki czemu sternik może przez chwilę patrzeć na świat z góry, a następnie zjechać z fali z prędkością ponad 13 węzłów. Wiatr. Mówią, że jeśli gwiżdże na wantach, to wieje co najmniej 6 w skali Beauforta. Czyli woda i wiatr to również dźwięki. Najbardziej niepokojące są te odbierane pod pokładem – dziwne chlupotania i przelewania – interesujące zawsze, niezależnie od tego, czy płyniemy czy stoimy przy kei. Teraz, kiedy jesteśmy w porcie w Kadyksie, przeczekując sztormowe wiatry wiejące ze wschodu w okolicach Gibraltaru, można, leżąc w koi, słuchać nasilających się skrzypień i jęków jachtu, kei i lin. Widoki. Z tych, wydawałoby się, banalnych, ale i tak zawsze przykuwających uwagę – zachody i wschody słońca. Rozgwieżdżone niebo. Wschody księżyca – robią czasem bardzo dziwne wrażenie. Wschodzący, ogromny, pomarańczowy księżyc może wystraszyć pełniącego nocną wachtę, zanim minie kilka chwil i zmęczona głowa oceni, że nie jest to żaden niebezpieczny obiekt, w który niechybnie wpłyniemy. Latarnie morskie i piękne wybrzeża, obfitujące w klify i jaskinie, jak to, które mijaliśmy kilka dni temu pomiędzy Cascais i Faro. Załoga. Nierzadko spotyka się ludzi, z którymi można konie kraść, a przyjaźnie przetrwają lata. Posiedzenia przy piwie, winie i mocniejszych trunkach, opowieści z żagli i życia. Choć czasem wydaje mi się, że żeglarstwo i życie to jedno.

Jedną z zalet żeglarstwa jest różnorodność doświadczeń, wśród których, w mojej ocenie, zdecydowanie dominują te pozytywne. Bycie na morzu jest elementem najważniejszym, ale nie mniej istotne jest przybycie do portu i smakowanie miejsc nowych, jak również tych, w których już się było. Bardzo lubię przypływać do Helu; mam wreszcie okazję spojrzeć z innej, bardziej morskiej, perspektywy na miejscowość, do której często, najchętniej jesienią, zimą lub wiosną, przyjeżdżałam z Krakowa pociągiem jeszcze za czasów lądowej szczurzycy. Teraz, kiedy piszę te słowa, mijają dwa moje rejsowe tygodnie na Atlantyku na jachcie Blue Horizon. Rozpoczęliśmy świętowaniem Nowego Roku w Cascais pod Lizboną, wznosząc podwójny toast – na pokładzie jachtu o północy czasu polskiego i na kei o północy czasu miejscowego. W trakcie rejsu odwiedziliśmy urokliwe miejscowości, między innymi Cascais, Sines, Lagos, Vilamoura, które eksplorowałam spacerowo lub biegając, bo bieganie również jest moją pasją. W Kadyksie przebiegłam półmaraton; miasto to oferuje interesującą i długą biegową trasę deptakiem wzdłuż oceanicznego wybrzeża. Zastanawiam się, czy można „wybiegać” uczucie bujania, które po dwutygodniowym rejsie towarzyszy mi regularnie. Buja się cały świat – nie tylko jacht, lecz również prysznic, knajpa, ulica… To chyba od tego bujania śnią się nocami barwne, wyraziste i pamiętne sny. Przede mną dalsze rejsowe doznania – aż do Malagi. W swoim krótkim, ale intensywnym żeglarskim żywocie przepłynęłam około 4000 mil morskich, a siedzący właśnie obok w mesie kapitan Chabowski już planuje kolejne wyprawy, którymi kusi, uśmiechając się szatańsko. Sycylia, Sardynia, Malta jesienią? Wszystko jest możliwe, bo „żeglowanie jest koniecznością”.